poniedziałek, 2 października 2017

Frida Kahlo w Poznaniu

Już 7.11 seniorzy ze Stowarzyszenia Żółty Parasol wybiorą się na wystawę "Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst". To jedyna taka wystawa!

Zapraszamy wszystkich uczestników 60+ Virtual Culture.
Wyjeżdżamy 7.11 o godzinie 8.00 spod siedziby Żółtego Parasola. Czeka nas zwiedzanie wystawy z przewodnikiem a na miejscu przyjrzymy się jak Centrum Kultury Zamek w Poznaniu wykorzystuje nowe technologie dla prezentowanie dorobku kultury.
Zapisy pod nr telefonu: 530 239 756

Chętnych zapraszamy do kontaktu, a tymczasem kilka słów o samej wystawie.

O polskim kontekście wystawy można przeczytać min. na łamach niedawnego wydania Newsweeka:
Choć Frieda nie miała sposobności odwiedzenia Europy Wschodniej, to w życiu malarki ważną rolę odegrały dwie artystki polskiego pochodzenia. Pierwszą była urodzona w Grajewie Bernice Kolhko - zawodowa fotografka, która Meksyk odwiedziła w 1951 z zamiarem portretowania tamtejszych kobiet. Po trzech lat podróży po kraju trafiła pod dach umierającej już Fridy. Malarka, która pod koniec życia nie pozwalała się fotografować, zdecydowała się na jeden portret. Autorką była właśnie Kolhko. 
Drugą artystką polskiego pochodzenia, która miała styczność z meksykańską malarką była Fanny Rabel – malarka urodzona w Lublinie, której rodzice wyemigrowali w 1928 roku do Paryża. W 1940 studiująca wówczas w Szkole Malarstwa i Rzeźby La Esmeralda w Meksyku Rabel poznała Fridę, a ta stała się jej nauczycielką i mentorką. Rabel podkreślała w wywiadach, ze to Frida „otworzyła jej oczy” na tematykę kobiet. Frida, a po niej Rabel w swojej sztuce często poruszały tematy bardzo osobiste, związane z ciałem, takie jak menstruacja, poronienie czy aborcja.
Frida Kahlo pozostawiła po sobie ponad 200 prac. W większości są to niewielkie obrazy przedstawiające artystkę w kolorowych strojach ludowych z regionu Oaxaca. Jeden z tych obrazów trafił w 1939 na wystawę malarstwa w paryskim Luwrze, było to zarazem wielkie wyróżnienie dla meksykańskiej sztuki. Frida była pierwszą artystką z Meksyku prezentującą swoje malarstwo w paryskiej galerii. Kariera artystki na dobre rozpoczęła się dopiero po jej śmierci w 1954 roku gdy za sprawą swoich uczniów, a później filmu jej popularność znacznie wzrosła. Dziś wystawy jej malarstwa można zobaczyć w największych galeriach sztuki na świecie – londyńskiej Tate czy nowojorskiej MoMie.

źródło: http://www.newsweek.pl/kultura/wydarzenia/wystawa-frida-kahlo-i-diego-rivera-polski-kontekst-w-poznaniu,artykuly,416735,1.html


Czytaj więcej »

niedziela, 1 października 2017

Tessate napisała. Wyobcowanie cz.1

Chicago. Jestem tu od dwóch miesięcy, w czasie których zajmowałam się córką mojej kuzynki Marii i jej męża Tośka. To moje pierwsze wakacje na emeryturze. Pojechałam daleko, ale nie całkiem w nieznane. Mam na tym kontynencie Ciocię, jej syna, i jeszcze dwóch przyjaciół mojego męża i moich jeszcze z czasów studiów.  Wakacje dobiegły końca. U Marii mogę mieszkać, jak długo zechcę. Mam wizę na pół roku i kuzynka zachęca, bym ten czas spędziła z nimi. Z jednej strony mnie to nęci - bo wielkie amerykańskie miasta są niezmiernie pociągające. Chcę je w jakiś sposób zgłębić, znaleźć w nich ślad (choć ten od dawna rozpłynął się w amerykańskim powietrzu) mojego Dziadka, który ponoć kiedyś tu pracował. Niczego nie wiemy o tym na pewno, tyle tylko, że na starość bardzo bolały go nogi, co było efektem ciężkiej fizycznej pracy przy produkcji szyn kolejowych.
Ale dziecku kuzynki już nie jestem potrzebna, bo każdego dnia wiele godzin spędza w szkole, kuzynce też pewnie nie. Chodziłybyśmy razem na kurs angielskiego, jednak nie możemy się dogadać w kwestii grupy, a na spacery po mieście szkoda jej czasu. Pokazała mi już to wszystko, co tu najważniejsze. 
Tak więc - wyjadę. 
Tyle że - nie do Polski, na co opiewa mój bilet, a do Toronto,w którym mieszka Ciocia. Często do mnie telefonuje i prosi, by ją odwiedzić. Nie byłyby to odwiedziny dla samych odwiedzin (choć i to jest świetna perspektywa, bo za Ciocią przepadam), miałabym tam do spełnienia pewną, związaną z jej synem, misję.
Jest jednak pewien szkopuł. Bilet. Mój został kupiony w Polsce. Formalności dokonało moje Dziecko, które właśnie skończyło 18 lat i zna się na takich rzeczach. Bilet jest otwarty, trasa to: Warszawa - Chicago, Chicago - Warszawa. 
Trzeba tę trasę zmienić na Chicago - Toronto, a potem jeszcze. No tak, tylko jak tego dokonać?
Najłatwiej chyba pójść do biura podróży, w którym kuzynostwo kupują bilety do Polski i to załatwić. Idę. Ale biuro tak nie działa, ograniczają się do linii Chicago - Polska. 
Więc co, w ogóle nie mogą mi pomóc? Mogą, mogą. Otóż oni zadzwonią do Nowego Jorku i zapytają, co zrobić, w NYC jest takie biuro. A ja im zapłacę za minutę rozmowy 25 $. Cooo? Ja, emerytowana nauczycielka, mam tyle wybulić? Za rozmowę? No nie...
Myślę sobie, że załatwię wszystko na lotnisku. Jednak mąż kuzynki twierdzi, że od lat na lotnisku nie kupuje się biletów. Czuję się oburzona, nawet może obrażona. No bo jak to?! Czyż nie oglądał filmów (zwłaszcza amerykańskich), w których ktoś tam wpada na lotnisko w ostatniej chwili i kupuje bilet na pierwszy lepszy samolot (bo ucieka przed mafią albo coś w ten deseń)? Czy nie wiedział "Bezsenności w Seattle", w którym mały chłopiec leci do New Yorku załatwić tatusiowi sensowną żonę a nie taką z przypadku? Zdecydowałam, że właśnie tam kupię sobie bilet.
Zupełnie nie przychodzi mi do głowy, że mogę posłużyć się komputerem i sprawdzić w necie, jak tego dokonać. W domu kuzynki jest komputer, jest też laptop (to był jeden z warunków, abym tam pojechała), nie ma jednak drukarki. 
Jadę na lotnisko. 
Lotnisko, że O'Hare jest, że ha! Pięć terminali. Mam czas, zwiedzę sobie. Przepadam za lotniskami, ale to inna bajka. Tu muszę znaleźć terminal, z którego starują samoloty do Kanady. Ale tego właśnie - nie ma. Jest 1, 3 i 5. Drugiego - brak. Nie w tym sensie, że nie istnieje, tylko że nie mam pojęcia, jak tam trafić. Wszystkie wskazówki dotyczą jedynie tych trzech. No w cholerę! Trochę mnie to złości, ale na szczęście - nic nie muszę. Zechcę nie wylecieć, to - nie wylecę, a co tam... Nie muszę korzystać z samolotu, z lotniska, mogę podróżować w sposób bardziej ludziom właściwy, po lądzie. 
Łażę po tym lotnisku i łażę. Zapytałabym człowieka w uniformie, jak znaleźć ten pieprzony terminal, ale - nie ma takiego człowieka. Jest za to monitor. Wielki. I na jego ciemnym tle widnieje cudny, jarzący się niemal napis: INFORMATION. No pięknie. Mam stanąć przed tym ekranem i zadawać mu pytanie? Mam do niego mówić? Może po polsku? Boże, przecież tu wszystko jest nie dla ludzi....
Dalej łażę, bo skoro już przyjechałam, to głupio tak wracać z niczym i tym samym przyznać Tośkowi rację. 
W pewnym momencie widzę, że za przeszklonymi ścianami hali przesuwa się samolot. Nie leci, jedzie. I to nie po pasie startowym, tylko po ulicy. A nie, to ulica jest tym pasem... Postanawiam przyjrzeć się czemuś tak dziwnemu bliżej, więc szybciutko na ruchome schody, szybciutko tym chodnikiem, szybciutko nad ulica, nad tym samolotem, a tu... O, to jest terminal drugi. Mój! Ekstra. 
No to będę szukać kasy w celu kupienia biletu do Toronto. Jest kasa. Lepiej być nie może. Mamroczę do siebie coś w języku, któremu postaram się dać brzmienie przynajmniej angieslkopodobne. No powiedzmy, że mi się uda. Pytam ugrzeczniona, niemal z przyklękiem:
- Czy pani mogłaby mi sprzedać bilet do Toronto?
- Tak, oczywiście. Na kiedy?
- No, na za tydzień. A ile by kosztował?
- 836 dolarów.
- Nie, nie. Poproszę o inny. O znacznie tańszy. 
- Tańszy to może kupić pani przez internet. 
- Acha. No ale ja go nie mam, więc może to pani sprzeda mi ten bilet przez internet?
- Niestety, tutaj to niemożliwe.
- Hmm... bardzo dziękuję.
Tyle mojego, że mąż kuzynki dowie się, iż kupienie biletu na lotnisku to łatwizna. Ale dlaczego mam tyle płacić za niedaleki w końcu dystans? Powariowali, czy co...
W domu śmieją się ze mnie. Przecież miał tu po mnie przyjechać kuzyn, syn cioci. Piękne to były plany, bo przez szyby samochodu obejrzałabym sobie kawałek Ameryki. Już miałam na to smak... Nie przyjedzie. Miał wypadek. Jego cudne auto z beżowymi skórzanymi obiciami jest w stanie godnym pożałowania. 
No to pojadę autobusem. Greyhound, linia dla podróżników ciekawych różnych doznań. 
Kuzyn mówi, że przystanek tych linii jest stosunkowo niedaleko domu. Ok, pojadę i zobaczę. 
Pojechałam, nie znalazłam. No i nie szkodzi, bo przecież trzeba gdzieś kupić sobie bilet, chyba nie na przystanku takim po drodze, a na zasadniczym. Muszę znaleźć tę stację. Downtown. Near the Loop. Znalazłam. 
Ponury budynek. Podróżni śpią na ławkach, bary podrzędne. Ludzie zmęczeni, część z nich to mormoni, którym zawsze przyglądam się z uwagą. Jest kilka kolejek do wyjść prowadzących - donikąd. Ludzie stoją przed szklanymi drzwiami, ale za nimi jest pusty plac. Dziwnie tu. Z rozkładu wynika, że są bilety do Toronto i że kosztują bardzo niedużo, ale godzina odjazdu mi nie pasuje. Tzn. dla mnie każda jest OK, ale kuzynostwo przyjechaliby tu ze mną, a ich wstawanie o 5-tej rano to zgroza... Poza tym do autobusu wsiada tyle osób, ile się zmieści, pozostali czekają na następny... To dlatego te kolejki...
No to chyba - nie jadę. 
Coś ty, Greyhoundem chciałaś jechać? - pytają mnie w domu kuzynostwa. - Wiesz, że tam jednemu podróżnemu ten, co siedział z tyłu za nim, założył na szyję drucianą pętlę i go udusił? 
Acha. Teraz to już całkiem nie jadę, bo chciałabym jednak dowieźć do Toronto swoją głowę. Pustawą, jak się okazuje. 
No to może koleją. Drogą żelazną. Ale - nie. 
Bo odprowadzałam na dworzec kolegę, który tu przyjechał z Ann Arbor i widziałam, że - to nie dla mnie. Nie dla mnie! Bo ja jestem zacofana! Nietechniczna! Bo to dla mnie zbyt skomplikowane. Bilet by mi tam pewnie sprzedali, pewnie nawet znalazłabym właściwy peron. Ale ten kolega zostawił na dworcu w automatycznym schowku małą walizkę. A gdy chciał ją wyjąć, okazało się, że kod nie działa. No, wreszcie to nie mnie, tylko komu innemu technika płata figle. Dobrze mu tak, dobrze! Niech się przekona, że mam rację, mówiąc, że technice nie można ufać! 
Kolega jednak zupełnie się tym nie przejął. Schowek miał dodatkowe zabezpieczenie w postaci odciska jego palca i to podziałało. Mnie - nie zadziałałoby. A gdy się podróżuje na trasie międzynarodowej, to bagaż trzeba oddać tak, jak na lotnisku, odebrać na miejscu... Takie szykany, nie poddam im się! 
Jestem tu zupełnie wyobcowana, wyautowana, bezradna, nieporadna. Do końca życia będę tkwić w Chicago i już tu umrę, jak nieszczęsny Polak, którego w Vancouver potraktowano paralizatorem. Nie potrafił opuścić lotniska i nie wiedział, co ze sobą zrobić...
Przed paru laty jeszcze tak strasznie nie odstawałam od rzeczywistości, która coraz bardziej zatraca ludzkie cechy... Zatraca je dla mnie, bo wokół tłumy ludzi, którym nawet do głowy nie przyjdzie, by sobie nie radzić. Nawet małoletnie dzieci moich kanadyjskich znajomych same latają po świecie i dają sobie rade, a ja co?

A ja...
Czytaj więcej »

sobota, 30 września 2017

Paris, Paris ...

Niedawno nasi trenerzy wrócili z wyjazdu do Włoch, a tymczasem przypominamy jak wyglądał wiosenny trening w Paryżu, siedzibie organizacji E-Seniors.

Joint Staff Training in Paris last April

Really nice memories from our last meeting in April! We are looking forward to meeting our dear partners and trainers in Reggio Calabria (Italy) next September :)

Opublikowany przez 60+ Virtual Culture na 31 sierpnia 2017
Czytaj więcej »

czwartek, 28 września 2017

Katie Melua

Jedna z naszych Ambasadorek Cyfrowych pod pseudonimem Tessa T. pisze dla Państwa teksty opowiadające o jej przeżyciach i emocjach związanych z uczestnictwem w kulturze, również tym odbywającym się drogą cyfrową. Te piękne, literackie teksty luźno nawiązują do tematyki wirtualnej kultury dając jednocześnie świadectwo wielkiej wrażliwości autorki. Kibicujemy wszelkim przejawom Państwa wirtualnej twórczości. czekamy na więcej tekstów oraz na komentarze. Czytajcie nas i twórzcie z nami, a my zadbamy o to byście byli słyszani!

------------

Trwa rok, w którym Wrocław jest Europejską Stolicą Kultury. Może temu zawdzięczam możliwość wysłuchania koncertu Katie Melua, delikatnej, ale bardzo utalentowanej i przebojowej dziewczyny. Z różnych powodów o wyjściu na jej koncert myślę z rezerwą. Ale - jadę. Pojadę sama, miejską komunikacją. Żeby się nie spóźnić, z domu wychodzę prawie dwie godziny przed rozpoczęciem, a w niecałe pół godziny jestem na Kozanowie. Czas na wspomnienia i na rozmyślania... Wieczór jest chłodny i pogodny, powietrze przesycone zapachem liści. Dawniej spokojny, rozległy park został przekrojony jezdnią prowadzącą na Most Milenijny i biegnącą niedaleko drogą dla tramwajów. Naturalność tej okolicy, jej związek z przyrodą zmniejszyły się, ale nie zanikły. Jesień wydaje mi się niepokojąco dojrzała. Słychać krótkie, jakby szczekliwe głosy przelatujących w górze ptaków. Jest to chrapliwy krzyk wron, które spędzą tu noc. Zatrzymuję się pod drzewem, podnoszę głowę. Nade mną rozwijają się i zwijają czarne, ruchome kształty. Gdy wznoszą się ponad latarnie, ich oświetlone brzuchy jaśnieją, a skrzydła, których pióra na brzegach wycięte są wyraźnie i ostro, poruszają się szybko i w różnych kierunkach. Znajdą gałąź, na której przysiądą i usną, nawet jej nie szukając, znajdą swoje miejsce jak wszyscy i wszystko na świecie. Ten ciemniejący wieczór nastraja nostalgicznie...
Moja młodość to czas miniony. Sporo ważnych w życiu osób ostatecznie już przeminęło. Tkwią w mojej pamięci, tak jak na zawsze utkwiły w niej wspomnienia egzotycznych wyjazdów. Gruzja. Daleki, wspaniały kraj. Rozległe krajobrazy z żyjącą w nich historią. Ta historia, ta dawność unosi się w tamtejszym powietrzu, choć na co dzień przesłaniają ją trudne bieżące zdarzenia.
Wychodzę z parku, opuszczam ten bezpieczny krąg natury i znajduję się w jaśniejszej przestrzeni. Żółtawe światło latarń ślizga się po karoseriach wielu parkujących pod halą Orbita samochodów. Inne mkną przez biegnący górą wiadukt po oświetlonej reflektorami miejskiej trasie. Jadą w innym miasta, nie zahaczą o miejsce, które przyciąga teraz zwolenników koncertu. Kim są ludzie, którzy nadchodzą tu z różnych stron?. Kim jest dla nich Katevan Melua? 
A kim jest dla mnie?
To Gruzinka. Tam się urodziła, tam mieszkali jej przodkowie. To śliczna dziewczyna, młoda piosenkarka, autorka tekstów i kompozytorka, ale zarazem osoba doświadczona przez historię swoich przodków (jej rodzice z dziećmi wyjechali z Dziećmi do UK) i przez osobiste przeżycia. Sama sobie wydaje się niezmiernie dojrzała. W jednej z najbardziej popularnych piosenek zadaje pytanie, jak może - czując się dwudziestodwulatką - postępować tak, jakby miała lat siedemnaście? Życie nie nauczyło jej jeszcze, że i w wieku 77-miu lat można się zachowywać jak podlotek...
Mam wrażenie, że to... bardzo zwyczajna dziewczyna. Wiem, że jest sławna, bogata, piękna, lecz zdaje mi się kimś z sąsiedztwa, a nawet - ze szkolnej ławki. Tkwi w niej... prostota. Katie nie stara się przypodobać, choć oczywiście ceni publiczność i poważnie traktuje wszystko, co robi. Tym niemniej jej teksty są proste i mówią o istotnych sprawach. O przypuszczeniach i faktach (miliony rowerów w Chinach, odległość do krawędzi wszechświata, wierność w uczuciu). O tym, jak zakochanie wpływa na wewnętrzną równowagę. W jej słowach tkwią przeżycia jej przodkiń, a także rozległość gruzińskiego nieba, zapach górskiego powietrza, duma tysiącletniej świątyni Mccheta Cchoweli. W rytmie jej piosenek ja dostrzegam wartkość gruzińskich rzek, widzę gęste zabudowania Tbilisi, czuję zapach gruzińskich ziół, czosnku, wina, pomidorów, arbuzów... całego minionego lata pewnego roku, i jeszcze jednego, w których chłonęłam Gruzję....

Za parę chwil ta dziewczyna będzie też śpiewać też dla mnie. 
Jej przyjazdowi do W-wia towarzyszy chór, który razem z nią zaśpiewa (kobiety z Gori w Gruzji), panowie akompaniujący jej śpiewowi na gitarach, pianinie, keyboardzie, osoby odpowiedzialne za dekoracje (wysokie czarne ekrany z białymi sylwetkami drzew) i sprzęt.

Kilka grupek czeka już przed wejściem, które zostaje otwarte na godzinę do występu.
Jestem już wewnątrz hali, w swoim sektorze. Nie kupuję płyty, kawy, programu, koszulki z okolicznościowym nadrukiem. Siedzę w rzędzie mocno oddalonym od sceny, którą widzę z boku. Prawie wszystkie miejsca są na tym koncercie zajęte.
Cały czas słychać muzykę i śpiewy z płyty. Słyszy ją każdy, chce czy nie. Szkoda, wolałabym przed koncertem chwilę ciszy, nastrój skupienia. Tutaj to niemożliwe. Za ścianą hali jest lodowisko, z korytarzy widać przemykające figurki łyżwiarzy. Konstrukcja hali przypomina nieboskłon, ale kopuła nie jest niebotyczna, bo podpierają ją bardzo konkretne betonowe żebra. Czerwono oświetlona kotara wciąż jeszcze przesłania zimowy pejzaż ośnieżonego lasu. Zima, muzyczny temat tego koncertu.
Na scenie pojawia się drobna szczupła dziewczyna w białej, długiej sukience i ponad 20 innych, czarno ubranych Gruzinek, które tworzą chór. Gruzińskie głosy... Głębokie, niskie, prawdziwe. W takiej białej sukience, koronkowej, marszczonej, staromodnej, mogła brać ślub moja babcia... 
Gdy przy drugim utworze Katie bierze do ręki gitarę w kolorze biało-szafirowym - wygląda jak anioł. 

Słowo "Melua" brzmi trochę jak melodyja. Tej dziewczynie udało się ująć w dźwięki część gruzińskiej swoistości, tego, co zachwycało mnie w tradycji tego kraju, w jego sztuce, w filmach Paradżanowa. Piękne są jego: "Cienie zapomnianych przodków". 

Jeżeli był na świecie raj, to był na pewno właśnie tam...") 
"Suliko - urzekło mnie urodą swą, szczyty gór skąpane w blasku słońca..." 


Urzekło mnie i pochłonęło poszukiwanie cieni przodków, czyli moich własnych cieni. Jestem bez nich jakaś połowiczna, niepełna... Doznanie Gruzji, przypomniane teraz przez dźwięk piosenek, pomaga otwierać wewnętrzne wrota, przez które widzi się to, co zapewne kiedyś na co dzień oglądali moi przodkowie. Żyli na ziemi porośniętej lasami, we wsi, której domy stały wśród pól, wzgórz, pagórków. Taki pejzaż był dla nich codziennością, a ja mogłam ją odczuć tam, gdzie przetrwał w formie bardziej wyrazistej niż w miejscach ich życia. Gruzja stała się bardziej intensywną inspiracją dla malarstwa, muzyki i pieśni niż wciąż jeszcze nasze Podkarpacie...
Słyszę stare spokojne pieśni gruzińskie. Śpiewa je ta biała dziewczyna wyglądająca jak panna młoda ze staroświeckiego zdjęcia. Śpiewają kobiety, dla których występ na tak wielkiej scenie jest czymś nowym, bo pochodzą z małej miejscowości Gori...

Katevan (gruzińskie imię Kathy) Melua mówi o swoich pieśniach, o tym, co śpiewa. O twórczości Rachmaninowa, o ucieczce z Syberii, o pokonywaniu zaśnieżonych leśnych przełęczy. 




Ta pieśń jest poświęcona jemu. Jest niezwykła. Słychać w niej stężenie mroźnego powietrza, trzask pękającego lodu, wiatru, który twardo uderza o przepastne skalne ściany. Katevan  tłumaczy, że ten utwór pasuje tu też ze względu na zimę, która jest w tytule koncertu.

Na poziomie wejścia do hali jakaś grupa młodych ludzi głośno o czymś rozprawia. Ten gwar mąci przyjemność słuchania. Po drugiej stronie estrady wciąż jest czynne lodowisko. Szkoda Kejtii... 

Rachmaninow opuścił Rosję. Moja ciocia, bardzo mi bliska, opuściła Polskę i znalazła się w pięknym kanadyjskim Toronto. A ja - kilka lat temu u niej z piosenką Melua w myślach. Towarzyszyła mi w podróży i podczas całego pobytu. "How can I think I'am standing strong?" How can I? 
Oglądam miejsce skondensowanej starości. Dom dla osób od 65 roku życia. Organizowane są tam urodzinowe uroczystości dla pensjonariuszy. Podczas jednej z nich, gdy zagrano "Suliko", wstałam ze swojego miejsca i - zatańczyłam. Solo. Cioci się podobało...
Słowa Melua "The Closest Thing To Crazy" zamykały tajemnicę zatracania się w miłości. Uzależnienia od osoby, którą kochamy. Przeistaczania się w kogoś tak bezbronnego jak dziecko. I zarazem pytania, jak to możliwe? Miłość to szaleństwo - taka jest odpowiedź wyśpiewywana przez skromną dziewczynę o wielkich oczach.
Ta dziewczyna, która w swoich tekstach zawarła mądrość doświadczeń swoich poprzedniczek, babć, prababć i tych kobiet, które żyły jeszcze dawniej, wie, że są w świecie rzeczy i sprawy, o których możemy mieć tylko przybliżone pojęcie i takie, których możemy być pewni. Ona - jest pewna swojej miłości. "That's a fact that I will love you till I die".
Obserwuję mieszkańców Copernicus Lodge w Toronto - każdy z nich kogoś kocha. Miłość, teraz już najczęściej do dzieci i wnuków, wypełnia ich życie. 
Ileż skojarzeń można mieć podczas jednego koncertu...
Jego pierwsza część to nowe kompozycje Katie Melua i śpiewane z chórem znane od dawna pieśni gruzińskie. Żałuję, że nie jest to koncert kameralny, bo mam wrażenie, że nie cała publiczność jest zasłuchana na 100 %...
Druga część jest żywsza, żwawsza, bardziej się podoba. Katie ma na nogach pełne czarne buciki na bardzo wysokim obcasie - wygląda jak postać bajkowa. Śpiewa świetnie znane publiczności przeboje. Są melodyjne i rytmiczne. Jestem w tej chwili w tej samej, co Katie, przestrzeni. Stukam swoim butem o podłogę w tym samym rytmie, w którym teraz stuka ona...
To też wiąże wykonawcę z słuchaczami. "Should I be afraid?" - brzmi jak dźwięk kotłów, delikatnie i mocno. Ten, komu brakuje delikatności i mocy, może uznać Katie za źródło inspiracji. 
A ten, kto chce sprawdzić, jaki artystyczny wyraz dała ta piosenkarka myślom o przenikaniu w mentalność drugiej osoby, może posłuchać "The House":


W domu szukam w Internecie różnych wiadomości o Katie Melua i o ważnych dla niej, i dla mnie, miejscach. Jest ich sporo.



Tessa T.

Czytaj więcej »

poniedziałek, 25 września 2017

Trening miedzynarodowy trenerów w włoskim Reggio Calabria

Przez cały zeszły tydzień nasi trenerzy z Polski, Włoch, Czech i Francji intensywnie pracowali na międzynarodowym treningu we Reggio Calabria. Wszsytko po to, żeby kursy dla seniorów były ciekawsze i bardziej dostosowane.

Więcej można dowiedzieć się na stroni na Facebook (po angielsku):
https://www.facebook.com/60VirtualCulture

A poniżej umieszczamy kilka zdjęć z wyjazdu:







Czytaj więcej »

środa, 8 marca 2017

Finał kursu 60 + Virtual Culture

Dziś podsumowaliśmy pierwszą część naszego projektu 60+ Virtual Culture. Uczestnicy kursu odebrali dyplomy poświadczające ich umiejętności, które zdobyli w ciągu półrocznego kursu. Otrzymali również drobne upominki. Pozwoliliśmy sobie również na jeszcze jedną nieformalną już ewaluację przy stole :)

To nie koniec naszego projektu. Teraz trenerzy: Wiesia, Andrzej i Marcin pojadą na międzynarodowe spotkanie do Paryża, aby z trenerami z Włoch, Czech i Francji pracować nad ulepszeniem kursu. A ten ruszy już na jesień!

Miłego oglądania i do zobaczenia
















Czytaj więcej »

Zwiedzanie Wirtualnych Muzeów


Na dzisiejszych zajęciach poznajemy możliwość jakie dają wirtualne spacery. Wiele instytucji kultury na całym świecie, a szczególnie te poważane udostępnia swoje zbiory w internecie. Jedni robią w to formie tradycyjnych galerii zdjęć, inni w formie niezbyt przyjaznych w obsłudze list.

Ale dzieki nowym technologiom przeglądanie zasobów muzeów i galerii jest coraz prostrze i przyjemniejsze. Wyobraźcie sobie, że możecie podobnie jak na Google Street View odbyć spacer po wnętrzu londyńskiego muzeum. To możliwe! I dziś przetestujemy to rozwiązanie.

Do dzieła!


Tradycyjne galerie i listy obiektów:

Nietypowe animowane strony:

Wirtualne spacery



I oczywiście wszystkiego najlepszego dla Pań z okazji ich święta



Czytaj więcej »
Witam w dniu 01.02.2017 na spotkaniu staraliśmy się nauczyć  jak zgrać zdjęcia z komórki, smartfona  na nasz komputer.
1/ zaczynamy od nazwy komputera / aby ustalić nazwę komputera wchodzimy
   a/ ustawienia
   b/ system
   c/ informację
   d/ odczytać  nazwę komputera
2/ drugą czynnością jest ustalenie nazwy /komórki lub smartfona
     postępujemy dokładnie tak samo jak przy nazwie komputera
3  włączamy na komórce i ko9mputerze bluetooth i jak pokaże się komunikat że jest już sparowane
    a/ przechodzimy do zdjęć  które chcemy wysłać klikamy i wysyłamy na komputer
    b/ na komputerze przechodzimy do opcji odbierz plik akceptujemy i zaznaczamy gdzie umieścić
        dane zdjęcie może to być:
        1/ na pulpicie
        2/ w obrazach
        3/ w albumie pod nazwą np/wakacje/
   
Czytaj więcej »
W dniu 15.02.2017 na zajęciach próbowaliśmy ulepszyć naszego starego skyepa na nowszą wersję.
Niektóre osoby mogły zakupić nową wersję w sklepie inne miały już w 10 zaproponowaną nową  wersję przedpremierową.  Po sprawdzeniu co mamy na komputerze mogliśmy wersję przedpremierową uruchomić poprzez zalogowanie się i przypiąć ją do paska zadań i już można było wypróbować czy działa. Osoby które nie miały musiały ściągnąć ją poprzez sklep  i uruchomić. Od tego momentu korzystamy z nowej wersji do porozumiewania się ze znajomymi. 
Czytaj więcej »
Dnia 01.03.2017 pracowaliśmy nad pozycją co jest grane.
Wyszukiwaliśmy propozycji miasta gdzie możemy wyjść w danym dniu ze znajomymi np. do kina czy do teatru albo na koncert.
2 pozycją była możliwość oglądania lub słuchania muzyki na youtube  przy pomocy nowego programu Free Instant Youtube pobierz , uruchom  i szukaj.
Czytaj więcej »