wtorek, 10 października 2017

Viva Bella Italia e Reggio di Calabria

Na wrocławską niepogodę polecamy relację Wiesławy Gątkiewicz z wyjazdu do Reggio di Calabria, gdzie we wrześniu odbył się trening naszych cyfrowych nauczycieli.


Przedostatni tydzień września 2017 r. o godz.13 w Lamezii, gdzie wylądował samolot z Krakowa, przywitał nas parnym i dusznym powietrzem (30 0 C w cieniu). Stąd do Reggio jeszcze trochę ponad 100 kilometrów na południe. Jedziemy wzdłuż wybrzeża, piękną, nadmorską autostradą, na której niewiele aut. Raz na ziemi, raz pod ziemią – na tej trasie jest tak dużo tuneli, że gubi się ich rachubę. Kolory pustynne-wszystkie odcienie brunatno-płowo-złote, a w tle lazur nieba i morza.

20170918_145150 — kopia (2)

20170918_082346Pierwszy widok po wjeździe do Reggio to Promenada, wzdłuż której: z jednej strony morze, a za nim Sycylia, z drugiej strony szeroka, dwupasmowa ulica, w którą zamienia się autostrada, na odcinku miejskim. Na pasie rozdzielającym ulicę rosną przygaszoną zielenią ogromne, fantastyczne drzewa, stoją piękne rzeźby, fragmenty wykopalisk archeologicznych.


Po prawej stronie promenada i morze.

20170918_081927

Promenada nazywana jest najpiękniejszym kilometrem Włoch. Jeśli pogoda sprzyja, można zobaczyć Messynę a na południu Sycylii dymiącą Etnę. Promenada (Lungomare) jest zabytkiem, o nowoczesnym wyglądzie, zachowując jednak "południowy" charakter z wyraźnymi arabskimi wpływami. Pod Promenadą przebiega czynna linia kolejowa, jednak mało kto z turystów o tym się dowie - chyba, że wyruszy w podróż pociągiem.

20170918_082059

Przy sprzyjającej pogodzie, wczesnym rankiem można tu zaobserwować, prawdopodobnie jedyne takie w Europie, zjawisko fatamorgany – to Messyna odbita w niezwykle gładkim morzu. I dlatego w nazwach obiektów przewija się słowo fata morgana. Taką nazwę nosi też jedna z długich ulic – Via Fata Morgana.

20170918_082048

Niestety, w Reggio nie zamoczysz się w morzu, nie poleżysz na plaży. Wąski, kamienisty brzeg morza jest ściśle zabudowany pięknymi restauracjami i kawiarniami. Poza miastem każdy skrawek przy morzu jest zagospodarowany przez właścicieli. Nie ma tu dzikich plaż…

20170918_081936

Ale można wylegiwać się i moczyć w pobliskiej, starożytnej Scylli, miejscu znanym z Odysei, gdzie - jak pisał Homer - wszystkim przepływającym statkom groził straszny potwór. To piękne, nadmorskie miasteczko, które zdaje się dotykać Sycylii, z wąziutkimi uliczkami i starymi domkami obmywanymi przez morskie fale kryształową wodą i z niezbyt szeroką, kamienistą plażą. Na horyzoncie, któraś z Wysp Liparyjskich dymi wulkanem. W starej dzielnicy można zobaczyć starszych rybaków naprawiających sieci na plaży, podczas gdy młodsi wychodzą na tradycyjne połowy. Przy zachodzie słońca, gdy morze i niebo łączą się w mgiełce fioletu, można zrozumieć, dlaczego ten kawałek wybrzeża nazywa się Costa Viola.


20170922_172406


Reggio di Calabria to stolica jednej z pięciu kalabryjskich prowincji, jest zarazem najbardziej „światowym” miastem regionu. Oprócz spaceru słynną ulicą Corso Garibaldi ze sklepami najznakomitszych włoskich projektantów, oraz nadmorską promenadą, koniecznie należy odwiedzić Museo Nazionale della Magna Grecia (budynek zabytkowy). W nim z bliska obejrzeć w szczególności słynne „Bronzi di Riace” - dwa posągi z brązu, wyłowione w 1972 r. z zatopionego greckiego statku, przypisywane samemu Fidiaszowi lub jego uczniom. Wrażenie sprawiają niesamowite, zapierające dech w piersiach.Wykonane z brązu posągi mają około 2 metrów wysokości. Specjalnie dla nich zbudowano klimatyzowany pawilon ze śluzami wejść i wyjść, a zwiedzający mają określony limit czasowy oglądania. Posągi wystawiono w 1981 r.


20170921_113600C:\Users\Wisienka\Downloads\20170921_113703.jpg

Muzeum posiada bogate, wspaniale wyeksponowane zbiory, które można oglądać także z symulacjami komputerowymi.

20170921_104301 — kopia (2)20170921_104309


Jak przystało na starożytną Wielką Grecję (tak nazywano ten region) znajdują się tu także artefakty wojowników greckich. Dla mnie największym zaskoczeniem była ich "mizerna" postura, mniej więcej współczesnego 12-13 latka.




Poza Muzeum, w mieście jest sporo godnych obejrzenia innych zabytków. Są pozostałości umocnień greckich z V wieku p.n.e, termy rzymskie, romańska katedra odbudowana w 1908 po wielkim trzęsieniu ziemi. Koniecznie trzeba wspiąć się do zabytkowej fortecy uważanej za symbol miasta. Pochodzi sprzed 540 roku. W 1459 Ferdinando d'Aragona kazał dobudować dwie wieże, które do dzisiaj nadają fortecy specyficzny charakter. Przeprowadzane renowacje sprawiają, że zamek prezentuje się wspaniale. W środku można oglądać różne sezonowe wystawy oraz obejrzeć z tarasu widokowego panoramę okolicy. Obiekty bardzo zadbane, wyeksponowane także w nocy na wysokim poziomie, oglądanie przyjazne dla mniej sprawnych osób.

Reggio di Calabria jest największym miastem Calabrii. W środku dnia sprawia wrażenie sennego. Nic bardziej mylnego. Niech nie zmylą cię wąskie uliczki, strome podejścia, mnóstwo schodów, wysokie domy, zasunięte żaluzje. Wszystko to przez zwyczajową sjestę i upał. Do godziny 19 trudno kupić coś konkretnego, czy zjeść “normalny” obiad. Ludzi mało, ewentualnie nieliczne osoby na ławeczkach w cieniu. Jeśli jest coś otwarte, to kafejki z cudownymi w smaku gelato i aromatyczną kawą, lub świeżo wyciskanym sokiem.

Życie towarzyskie i kulinarne rozkwita, gdy głębokim popołudniem otwierają się sklepy i restauracje. A wszyscy zaczynają szukać miejsca do parkowania, którego znalezienie graniczy z cudem. Parkuje się w każdym wolnym kawałeczku jezdni, zderzak w zderzak na kilka centymetrów. O tej porze restauracje wypełniają się po brzegi, a uczty w licznym gronie trwają długo w noc. Nic więc dziwnego, że poranek rozpoczyna się od bardzo mocnej kawy i ewentualnie croissanta. Pyszną kawę pije się na stojąco, w filiżaneczkach na dwa-trzy łyki, przy okazji wymienia się powitania i serdeczności ze znajomymi oraz obsługą.

20170922_093421

Lokalna kuchnia dla turysty opiera się głównie na makaronach i pizzy, które serwowane są we wszystkich lokalach. Do tego bakłażany w różnych postaciach. Pomidory w grubych skórkach, mało soczyste. Także hamburgery i inne fast rodem z USA można dostać bez problemu.A jeśli jednak chcesz spróbować smakołyków regionalnej kuchni musisz liczyć się ze sporym wydatkiem. Oprócz krewetek, homarów, langust, jeżowców, kałamarnic i pająków morskich łowi się tu różne gatunki ryb.W przewodnikach polecana jest ryba miecznik (spada). Chociaż to wyjątkowa specjalność regionu, zwyczajny smakosz może rozczarować się jej smakiem.

20170921_221307 — kopia


Inny specjał to czarne spaghetti z sosem z sepii i kawałkami ośmiornicy. Zjedzenie tego dania wymaga sporego hartu ducha i odpornych kubków smakowych.

20170921_213711

Desery to słynne, przepyszne gelato, bardzo słodkie ciasta, tiramisu oraz cudowna, boska kawa. I oczywiście włoskie wina – bardzo smaczne. Degustować warto przede wszystkim te, które dostać można tylko tutaj, z lokalnych winnic..O dziwo – kuchnia, w której bardzo mało warzyw i owoców. Odnosi się wrażenie, że gros przystawek i dodatków to bakłażany. Kupno owoców lub warzyw sprawi turyście sporo problemów logistycznych. W ostateczności pozostaje supermarket, a w nim europejski standard rozkładowy, więc połapać się łatwo. Szkoda, że zielone są to produkty z różnych stron UE np.hiszpańskie brzoskwinie, greckie pomarańcze (sic) . Gdzie kupić sławne, tutejsze pomarańcze i inne owoce? Bez tuziemca nie ma szans. Jakiś handlarz, na ulicy sprzedawał okazyjnie chyba i wyjątkowo oooooogrooooooomne arbuzy, połówka to 8 kilogramów. Warto było spróbować.

Jeśli wybierasz się do Włoch samochodem musisz mieć bardzo mocne nerwy.I szybko przyzwyczaić się do nowych reguł. Włosi jeżdżą autami i jednośladami na tzw. pełnym luzie, nie da się tego porównać do innych krajów w Unii. Przestrzegają przepisów drogowych kierując się chyba… ogólnymi? zwyczajowymi? zasadami ustalonymi przez.. siebie.
Teoretycznie obowiązuje zasada pierwszeństwa z prawej strony. Teoretycznie! W praktyce możesz stać chyba godzinę, z nadzieją że ktoś cię dopuści do ruchu albo trąbisz i pakujesz się z "zamkniętymi oczami". Zapomnij o pierwszeństwie pieszego na pasach. Przejście dla pieszych przypomina bieg przez płotki, slalom gigant, a czasem i sztafetę (bo zdążysz dobiec tylko do połowy). Parkują w niedozwolonych miejscach, wjeżdżają "pod prąd", pasy ruchu jak są dwa to “zrobią” trzy albo cztery wykorzystując np.miejsca na zakazach.. I o dziwo, robią to płynnie i elegancko. Nie złoszczą się, nie pokazują obraźliwych gestów. I drogówki nie widać nigdzie.Był nieprawdopodobny moment, gdy na środku skrzyżowania ruchliwej ulicy w centrum miasta, stojąc na czerwonym świetle kierowca wysiadł z osobowego auta, poszedł kupić gazetę, pogadał z kimś na chodniku i wrócił akurat na kolejne zielone. Nikt nie trąbił i nie wrzeszczał, kierowcy sprawnie omijali bez zdziwienia zaparkowane na środku jezdni auto. NIEPRAWDOPODOBNE? Tu wszystko możliwe. Klaksonu używają odmiennie niż w Polsce – w ten sposób informują, że jadę! jadę! bo np. wyprzedzają z nienormalnej strony lub pakują się pod prąd lub zajeżdżają drogę. Ufff..

C:\Users\Wisienka\Downloads\20170921_094215.jpg
Dla Polaka-kierowcy zachwycające było obejrzeć celebrę kilku osób przy drobnej stłuczce, a w zasadzie otarciu dwóch samochodów. Wow! Dwa radiowozy na sygnale świetlnym, robione przez drogówkę szkice na jezdni, mierzenie śladów hamowania itd. Przy tym sporo gapiów i dużo gadania. Nieznający języka mógł zobaczyć, jak wygląda włoska mowa ciała - to całe spektrum technik, sztuczek i prawdziwy pokaz aktorstwa. To było piękne…Nie widać rowerzystów. Jeśli już to w pełnym stroju sportowym, na drogach poza miastem. Od razu poznać, że to nie "cywile" lecz miłośnicy sportów.

Na zakończenie jeszcze kilka słów o kalabryjczykach. Na ulicach nie widać ludzi otyłych.Kolory ubrań – przeważają ciemne, na topie modowym. Młodzież szaleje na motorowych jednośladach. Rano na deptaku sporo osób w różnym wieku uprawia poranne bieganie, także z zadbanymi psiakami.
"Tubylcy" są przyjaźnie nastawieni do Polako. Kupno ołówka - to było coś wspaniałego towarzysko! Bez znajomości włoskiego i angielskiego, przy pomocy gestów i uśmiechów – poznaliśmy osobiście: sprzedawcę, jego kuzynkę, syna tejże kuzynki, babcię – seniorkę (niebyt było jasne, czyja krewna), kuzyna kuzyna i dziewczynę kuzyna kuzyna. Było bardzo gwarnie, radośnie, wszyscy gadali, uśmiechali się, gestykulowali i …wszyscy sprzedawali nam ołówek :).

I pomyśleć, że w Przewodniku Marco Polo (wydanie z 2016 r.) podana jest strona internetowa, na której klient może sprawdzić, które sklepy nie płacą mafii za ochronę.

Tekst: Wiesława Gątkiewicz 01-10-2017 r.
Redakcja: Andrzej Olszewski

Zdjęcia: W.Gątkiewicz i A.Olszewski


Czytaj więcej »

poniedziałek, 9 października 2017

Dwa głosy o filmie "Twój Vincent"

Nie ma co rozpisywać się, KONIECZNIE TRZEBA OBEJRZEĆ!
Od 6 października 2017 r. premierowe pokazy filmu "Twój Vincent" można obejrzeć we wrocławskim DCF. 
Na stronie http://www.dcf.wroclaw.pl/aktualnosci/5360-twoj-vincent-premierowe-pokazy przedstawiono szereg faktów o filmie. Ale nie oddają one w najmniejszej części wrażeń jakie wywiera film na widzu. Sala kinowa zapełniona, po seansie chwila ciszy. Jakoś powoli zbierali się widzowie do wyjścia. Bo też i wrażenia są nadzwyczajne.
Przed wejściem na salę kinową, warto obejrzeć w kuluarach podobrazia do filmu.

Nie da się ukryć, że rozpiera mnie duma, że film powstawał także we Wrocławiu.

Oficjalna, światowa premiera filmu "Loving Vincent" ("Twój Vincent") podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmów Animowanych w Annecy we Francji 13 czerwca 2017 r. zakończyła się 15-minutową owacją na stojąco. Po raz pierwszy od 50 lat, w Konkursie Głównym znalazł się polski reżyser. Jest nim Dorota Kobiela.
Polska premiera "Twojego Vincenta" odbyła się w sierpniu 2017 r. we Wrocławiu na 17. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym T-Mobile Nowe Horyzonty https://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/nowe-horyzonty-2017-polska-premiera-filmu-twoj-vincent,762564.html
Koproducentem filmu jest także Odra-Film ze środków Dolnośląskiego Konkursu Filmowego. Film wpisany był w obchody ESK Wrocław 2016 tj. i został wsparty ze środków Biura Promocji Miasta Wrocławia.

Wiesława Gątkiewicz


=======================================

Żółta marynarka

Wirtualni - kulturalni seniorzy powinni obejrzeć film "Twój Vincent" dwukrotnie. Pierwszy raz dla wrażeń artystycznych w kinie. Drugi raz w CeTA, aby dowiedzieć się, jak ten film kręcono. 




Centrum Technologii Audiowizualnych jest obok Hali Stulecia, ul. Wystawowa 1. Popowiczanka bardzo lubi tam chodzić i na blogu stowarzyszenia "Popowiczanie" o CeTA pisała wielokrotnie, kliknijcie tutaj: CeTA.

Na film "Twój Vincent" Popowiczanka czekała od czerwca, kliknijcie tutaj: Namalowany film o życiu van Gogha. Dopiero dzisiaj go obejrzała, bo wczoraj była na warsztatach twórczego pisania, kliknijcie tutaj: Jak zostać pisarzem?.

Co Popowiczankę szczególnie w tym filmie urzekło? Zgadliście! Tak, żółta marynarka głównego bohatera. Przepiękny kolor. A te obrazy, malowidła, intrygująca fabuła,  itd to tylko dodatek. Trzeba jednak przyznać, że dodatek bardzo atrakcyjny.

Zobaczymy, czy Marcin zorganizuje nam wirtualną wyprawę do muzeum van Gogha w Amsterdamie, kliknijcie tutaj: Muzeum van Gogha. Jeśli nie, to sami tam wybierzemy się autobusem, przecież już umiemy korzystać z "Jak dojechać", kliknijcie tutaj: Wrażenia Popowiczanki w 3D. Tylko jak zdobyć bilety do muzeum?

Ponieważ jestem przekonana, że każdy wirtualny-kulturalny senior film obejrzy lub już obejrzał, dlatego wpis kończę uroczą finałową piosenką z filmu, kliknijcie: Starry Starry Night, Loving Vincent.

Postscriptum. Co naprawdę Popowiczanka myśli o filmie, możecie dowiedzieć się w kolejnym jej wpisie na blogu stowarzyszenia "Popowiczanie", kliknijcie tutaj: https://popowiczanie.blogspot.com/2017/10/gwiazdzista-noc-z-van-goghiem.html.

Popowiczanka
Czytaj więcej »

czwartek, 5 października 2017

Tessate napisała: Recenzja cyklu filmów: "Wystawy na ekranie"

Joanna zapytała mnie, czy nie chciałabym napisać kilku zdań o filmach, które widziałam we wrocławskich  "Nowych Horyzontach" kilka miesięcy temu, gdy Wrocław był ESK. Chodziło o filmy o sztuce. Podobały mi się, zachęcałam Koleżanki z Klubu do ich obejrzenia. Ale pisać - nie bardzo miałam chęć. 
Bo...
Pisać o filmach o sztuce, znaczy pisać - o sztuce. A na tej - trzeba by się znać. Czy ja się znam? Nie. 
Czy inni, osoby z mojego otoczenia, mają o niej lepsze pojęcie? No... będę nieskromna i powiem, że - nie sądzę. Naprawdę. Chyba też się nie znają. A czy to "znanie się" jest do odbioru sztuki konieczne? Nie, nie jest. Jednak - bywa bardzo pomocne.
Dlaczego więc, taka niby obznajomiona ze sztuką mądrala, idę do kina na jeden, drugi film o sztuce? Czy nie mam na jej temat w domu wielu książek? Mam. Czy nie mogę w każdej chwili zajrzeć do albumu? Mogę. Czy nie nachodziłam się po kilku światowych muzeach i nie naoglądałam wystawianych tam dzieł? Nachodziłam i naoglądałam. Czy nie mogę wpisać do internetowej wyszukiwarki np. hasła "Picasso" i mieć w kilka sekund przed nosem jego najwybitniejszych dzieł? Mogę. 
Więc?
Dlaczego wycinam sobie z życia cały wieczór, kupuję bilet (kosztowny), dlaczego wraz z innymi (wieloma innymi, cała widownia była zapełniona) zasiadam w kinowej sali i znoszę usypiające, duszne powietrze? Dlaczego pociągająca wydaje mi się seria filmów nazwana: "Wystawy na ekranie"? 
Informacje o niej są poniżej, znalezione w necie:
"Arcydzieła malarstwa, rzeźby i grafiki będzie można oglądać na kinowym ekranie z różnych perspektyw, zaś wędrówce po salach galeryjnych i muzealnych towarzyszą historie dzieł, biografie artystów, wypowiedzi ekspertów analizujących styl i technikę obrazów.



Phil Grabsky – pomysłodawca i główny producent całego przedsięwzięcia – przy pomocy ciekawej narracji, a także dzięki wypowiedziom ekspertów, wizytom w pracowniach konserwatorskich i maksymalnym zbliżeniom ukazującym dzieła w detalach, umożliwia widzom całego świata zobaczenie tego, co jest niedostępne podczas tradycyjnej wizyty w galerii czy w muzeum. Cykl „Exhibition on Screen” przenosi na duży ekran bezcenne arcydzieła, do których dostęp jest często z różnych powodów ograniczony. Przedstawia również fakty z życia najważniejszych artystów malarzy świata.
Cykl w każdym sezonie prezentuje kilka tytułów – filmów tematycznych poświęconych wybranym artystom, grupom lub kierunkom w malarstwie, wybranym muzeom lub pojedynczym arcydziełom. Filmy zapraszają do pracowni konserwatorskich, przybliżają techniki malarskie i detale techniczne a także tajniki badania przeszłości legendarnych obrazów. Wszystko to w jakości HD. Dotychczas niezwykły sukces odniosły m.in. filmy poświęcone dziełom Leonarda w National Gallery w Londynie, Vermeera z tego samego muzeum i Muncha w Muzeum Muncha i Galerii Narodowej w Oslo. Obecnie Wystawy na ekranie są prezentowane w ponad 1000 kinach w 30 krajach."
„Wystawa na ekranie” („Exhibition on Screen”) to prezentacja kolekcji najwybitniejszych artystów malarstwa z najważniejszych muzeów na całym świecie. Na dużym ekranie, w znakomitej jakości obrazu HD są pokazane wystawy tematyczne, uchwycone w specjalny, dostosowany do warunków kinowych sposób."
Kieruje mną zapewne to samo, co wszystkimi zgromadzonymi na seansie. Pewien rodzaj ciekawości, a może i snobizmu, a także pewne wyrachowanie. 
To ostatnie polega na tym, że pokazując filmy - wystawy (a taki charakter miały te filmy) na wielkim ekranie, zapewnia się nam, odbiorcom, niesłychanie wygodną w odbiorze relację z wystaw dzieł konkretnych artystów, zorganizowanych np. z Anglii, w Holandii, w USA). Nie ruszamy się ze swojego miasta, nie przedsiębierzemy dalekiej podróży, nie odczuwamy związanych z tym napięć i kłopotów. Oszczędzamy czas, pieniądze, a zyskujemy niemal to samo, co ci faktycznie peregrynujący miłośnicy sztuki. 
Słówko "niemal" jest w tym kontekście istotne, ale pomijam prawie wszystkie związane z nim kwestie. Jednocześnie otrzymujemy - więcej. 
Widziałam film: "Ja, Cloud Monet". W necie można znaleźć o nim informacje:
I jeszcze taki opis:
"Wielokrotnie nagradzany reżyser-dokumentalista Phil Grabsky opowiada nieznaną historię życia i twórczości swego ulubionego malarza – Claude’a Moneta. Korzystając z prywatnych listów i innych pism artysty film „Ja, Claude Monet” ukazuje nowe spojrzenie na człowieka, który nie tylko namalował obraz, który dał początek impresjonizmowi w malarstwie (pod tytułem „Impresja, wschód słońca”), ale który był prawdopodobnie najbardziej wpływowym i znanym malarzem XIX i początku XX wieku. Mimo to, a może właśnie dlatego, w prawdziwym życiu, ukrytym za jego prześwietlonymi słońcem płótnami, Monet często cierpiał z powodu poczucia osamotnienia, depresji, a nawet miewał myśli samobójcze. Dzięki temu dokumentowi mamy szansę wniknąć w tajemnice dzieła artysty, który jak żaden naznaczył i przekształcił sztukę zachodnią."
Co dla mnie było w tym dziele istotne i urzekające? Kilka spraw. Mogłam obejrzeć obrazy C. Moneta pokazane tak dokładnie, jak nigdy wcześniej. Mogłam, patrząc na konkretne dzieła, dowiadywać się, co je inspirowało i jak artystyczny wyraz inspiracji ma się do rzeczywistości. Mogłam poznać towarzyszące malowaniu myśli artysty, dowiedzieć się o jego problemach, zaznajomić się z nim jak z człowiekiem, któremu dano szansę przemówić do swoich odbiorców po wielu dziesięcioleciach...
W jaki sposób reżyser osiągnął ten świetny efekt?
Na ekranie mamy kilka planów. 
Są to: słowa - czytane wypowiedzi samego Moneta, jego listy, w których zwierza się z problemów, prosi o pomoc, komentuje własne życie. Myślimy, że pełne sukcesów, ale jakże często trudne i gorzkie, wypełnione dość subtelnie ujętymi w słowa stanami bezradności i rozpaczy. 
Są to: obrazy - widoki natury. Oglądamy miejsca, w których przyszło żyć Claud'owi Monetowi i które sam do życia wybierał. Możemy stwierdzić, że świat, który go otaczał, miał wygląd zachwycający. Było to morze. Morze. Przybrzeżny piach, woda, klify. Sztorm. C. Monet przyglądał się wodzie w różnych miejscach, o różnych porach roku i dnia. Otaczały go rośliny. Drzewa, ich gałęzie, ich sploty. Krzewy. Ich zieleń głęboka albo jasna, przeświecona słońcem. Kwiaty. Ogród, który założył, upiększył, podziwiał. Lilie, nenufary. Biel, róż, lila, współgranie barw, ich kontrast, ich przenikanie i wpływanie na siebie. 
Są to: obrazy - dzieła sztuki. Widzimy je, mamy je blisko siebie, niemal przed oczami w ciemnej i po brzegi wypełnionej ludźmi sali kinowej. Jesteśmy tu bliżej nich niż w muzeum, gdzie przecież prawie nigdy nie uda się nam zostać z dziełem mistrzów sam na sam, bo przecież zawsze przeszkadzają nam w tym jacyś "gapie". 
Ten film wspaniale połączył te trzy warstwy: słów, obrazów natury i obrazów-dzieł sztuki. Pokazał, jak wybitnie utalentowany człowiek, który skoncentrował się na tym, co niemal organicznie było dla niego najważniejsze, potrafił stworzyć coś, co po latach (a tak będzie i po wiekach) zmusza nas do uwagi i na ogół budzi nasz zachwyt. 
"Magia kina" rewelacyjnie wykorzystała tutaj swoje środki wyrazu. Oko kamery jest lepsze niż nasze własne. Widzi więcej, dokładniej, z najbardziej właściwej odległości. To "oko" przeniknęło tu grudki farby, przebiło się przez jej zagęszczenia, zatrzymało na plamach. Przenicowało, dosłownie, nici płótna. Niemal dotykamy tu "ciała" tych obrazów, niemal czujemy pulsowanie krwi artysty, którego ręka w tylko jemu właściwy sposób wiodła pędzel.
W Muzeum Sztuki Współczesnej w Nowym Jorku sporo czasu spędziłam przed "Nenufarami". Zdumiały mnie ogromem - obraz ma niebywałe wymiary, zajmuje całą długość ściany dużego pomieszczenia. Jest... różny w swoich różnych częściach. A to realistyczny, a to niedokładny, jakby wizyjny. Amerykanie sprowadzili z Europy sławne dzieło, mają je, posiadają, szczycą nim. Słusznie. 
A taki film jak właśnie: "Ja, Cloude Monet" potrafi pokazać, że sztuka to coś więcej niż owo ukończone, zamknięte w sali muzealnej dzieło. Że to skutek, efekt tytanicznej pracy, niezwykłęgo talentu i konsekwencji w pokonywaniu - najogólniej - trudów życia. Monet borykał się z biedą. Jego pierwsza żona... nie jest to w filmie powiedziane wprost, ale możemy się domyślać, że zmarła tyleż z powodu raka, jak i z wycieńczenia, do którego w dużej mierze przyczynił się głód. Zwykły, fizyczny głód wynikający z braku jedzenia. C. Monet, mąż, ojciec małych dzieci - malował. Oddawał się zajęciu, które nie było intratne. Rzecz w tym, że - musiał. Efekt to przez wiele lat niedostatek, problemy, głód. Przygnębienie. 
Dopiero po latach nadeszło uznanie i sława. Była drogo okupiona.
Malował też, będąc już starym, docenionym i zasobnym artystą. Cierpiał na chorobę najbardziej dla malarzy tragiczną, stopniową utratę wzroku. Katarakta, rak oka...  Tworzył obrazy fasady katedry w Rouen. Na filmie widzimy prawdziwą fasadę, arcydzieło architektoniczne i rzeźbiarskie. Poznajemy też zmagania Moneta, patrzymy na miejsce, skąd obserwował malowaną fasadę, na  próby uchwycenia konkretnego momentu świata, który w swoim niepowtarzalnym wyglądzie trwa tylko przez chwilę, przez moment. Jedynie przez jakiś czas, zawsze za krótki, słońce pokazuje nam świat w jego chwilowości, w sekundowości. C. Monet, jak wszyscy wielcy, chciał taki moment uchwycić i na zawsze zatrzymać. Dla siebie, dla nas? To już inna rzecz.

Każdy z filmów tworzących cykl "wystaw na ekranie" ma inny charakter. 

Malarstwo Hieronymusa Boscha zdumiewa nas. Jest technicznie, z punktu widzenia artyzmu, nadzwyczajne. Ale - nie rozumiemy  sensu tych dzieł. Nie znamy treści obrazów, często nie wiemy, co znaczą przedstawione przez Mistrza postacie. Odczytujemy klimat czasów, pamiętamy typową dla artysty kolorystykę i ukazane twarze: często prymitywne, rubaszne, z wyrazistą, nieskomplikowaną mimiką. Bywają zaciekawione, przestraszone, skoncentrowane.
Ale co znaczą te różne stwory będące połączeniem rzeczy, gadów, płazów, ludzi? Dlaczego te obrazy zostały uznane za tak znaczące, istotne i wielkie? Co za wizje pokazał nam ich autor? Czy zawiera się w nich sens, który dla jego współczesnych był jasny, czy też i wtedy były one uznane za dziwne i niezrozumiałe? Kim był ten malarz? Czy to człowiek zrównoważony i poważany, czy też osoba demonstrująca wewnętrzne problemy, niezrównoważona i na co dzień zagadkowa? 

Patrzyłam w kinie na "Osobliwy świat Hieronymusa Boscha" i wiele - choć na pewno nie wszystko - stawało się bardziej jasne. Holandia, wiek XVI. Bosch był zacnym obywatelem swojego miasta. Dobrze ożeniony, ceniony w środowisku, członek chrześcijańskiego bractwa. O jego życiu wiemy niewiele. Na obrazach zaś widać, jak szalone wizje nękały jego umysł. Ponad pół tysiąca lat temu dał im niesamowity, niepokojąco ciekawy artystyczny wyraz. 

Film pokazuje przygotowywanie wystawy jego prac w r. 2016 w Hertogenbosch w Holandii: jej organizowanie, gromadzenie dzieł i  przygotowaną przez uczonych analizę ich znaczeń. Patrzymy na te dzieła, widzimy postacie z Biblii, mękę Jezusa, ukrzyżowaną kobietę, wizję raju z mnóstwem białych nagich ciał, jasnozielone kwitnące łąki i czarne czeluści piekła. Z bliska (złudzenie kinowego ekranu) patrzymy na "Wędrowca" (zwanego też "Synem marnotrawnym"), na twarze oprawców Jezusa, na mieszczan i wieśniaków, na "Wóz z sianem", którego alegoryczny sens jest też bardzo aktualny dzisiaj. w kinie te obrazy zdają się być blisko nas, niemal na wyciągnięcie ręki. Z ekranu płyną słowa jasno tłumaczące ich znaczenie. Teraz, od kiedy staliśmy się uczestnikami rozwiązywania związanych z nimi zagadek, są nam znacznie bliższe, nie zniechęcają już swoim hermetyzmem.

Z malowanymi potworkami mamy do czynienia od wieków, moda na nie nigdy się nie skończyła. Po zobaczeniu tego filmu wiemy, że to nie współcześni je wymyślili, że ich nauczycielem był Mistrz Hieronim. Te przedziwne Boschowskie stwory do dziś nadają się i są używane do odzwierciedlania wszelkiego typu metafizycznych niepokojów. 

Dobrze było poznać przedstawione na tym filmie solidne, uspokajające analizy. Krzepiąco działa fakt, że próby przejrzenia wyrazu lęków od zawsze nękających ludzkość, bywają udane i że można rzeczowo wyjaśniać mroki zagadkowej i umęczonej psychiki. 
Dobrze, dobrze... 

Tak. Dobrze jest znać się na sztuce, w każdym razie mieć do niej podejście pozbawione obaw przed kompletnym niezrozumieniem. Filmy z cyklu "Wystawy na ekranie" świetnie zaspokajają związane z tym potrzeby.
Powymądrzałam się na prośbę Joanny. Zrobiłam to, mimo iż uważam, że na obrazy się patrzy, a mówienie o nich... nie jest konieczne. Ale mówienie o poświęconych im filach może być pożyteczne.

Joannie chodziło zapewne o to, bym zachęciła wszystkich zainteresowanych sztuką do obejrzenia tego cyklu. Zachęcam. Myślę, że cały cykl jest znakomity i żałuję, że nie widziałam wszystkich jego części. Bo przecież patrzenie z tak bliska na dzieła Leonarda da Vinci (choć film nie obejmuje wszystkich) albo na twórczość Michała Anioła i na wielu innych tytanów sztuki to po prostu duchowa i artystyczna uczta.
Naprawdę.

Tessate
Czytaj więcej »

Wrażenia Popowiczanki w 3D

Dziś odbyły się zajęcia z wirtualnego spacerowania a nasza koleżanka Popowiczanka zdążyła spisać swoje (pierwsze) wrażenia ze spotkania w Żółtym Parasolu. Prezentujemy jej tekst poniżej.


Czy przyszłoby Wam na myśl, że na warsztaty komputerowe pod żółtym parasolem zapisze się ktoś, kto zaczyna i kończy dzień od internetu? Tak, to jest możliwe, a tym kimś jest Popowiczanka z Popowic, która uważa, że w żółtym jest jej do twarzy.

Dlaczego Popowiczanka ma słabość do koloru żółtego? Odpowiedź jest prosta. Żółte słoneczko jest w logo stowarzyszenia, do którego ona należy. Dzięki temu na warsztatach komputerowych 60+ Virtual Culture na Ołbinie czuła się dzisiaj jak w domu, tym bardziej, że dawno temu mieszkała na Żeromskiego.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego Popowiczanka zapisała się na warsztaty komputerowe. Bardzo podoba się jej nazwa stowarzyszenia "Żółty Parasol". Powiem więcej, ona jest fanką tego stowarzyszenia, kliknijcie tutaj: Parki pełne kontenerów kultury. Poza tym chciałaby poznać seniorów, którzy działają pod "żółtym parasolem" na Ołbinie.

Zapewne jesteście ciekawi, czego dzisiaj Popowiczanka nauczyła się. Poznała tajniki "google maps" i program "jak dojadę". Notatki, oczywiście, z bardzo ciekawych zajęć z Marcinem robiła w zeszycie z żółtą okładką. Czy ktoś z Was może jeszcze sądzić, że światem rządzi przypadek? Tak miało być!

Wirtualny spacer kulturalny zaczął się koło hotelu Piast. Stamtąd uczestnicy warsztatów udali się wirtualnie na dworzec PKP. Niestety Popowiczanka utknęła w holu głównym i nie sprawdziła, czy google maps w wersji D3 docierają na wystawę, kliknijcie tutaj: Popowiczanka przed wystawą.

A potem było już tylko trudniej. Trzeba było odnaleźć wirtualnie stary cmentarz żydowski przy ulicy Ślężnej - kliknijcie tutaj: Stary Cmentarz Żydowski - YouTube,  i jakoś do niego dojechać. Okazało się, że do obejrzenia cmentarza w wersji D3 nie można było zastosować żółtego ludzika z google maps. Popowiczanka była niepocieszona, bo pokochała żółtego ludzika, oczywiście, z powodu jego koloru. Marcin znalazł wyjście z sytuacji  - uczestnicy zastosowali "panacentrum".

I na tym dzisiejsze zajęcia na warsztatach 60+ Virtual Culture skończyły. Za  tydzień dowiecie się, jak Popowiczanka poradzi sobie z zadaniem domowym. Trzymajcie za nią kciuki i pamiętajcie, że na naukę nigdy nie jest za późno.
Czytaj więcej »

wtorek, 3 października 2017

Tessate napisała. Wyobcowanie cz.2

Nagle - olśnienie! 
Przecież ja też mam dzieci! Wyuczone, okumputerowane! 
O jedno zadbałam, by się nauczyło po angielsku, resztę zrobiła szkoła. Drugie, całkiem wtedy małe, zabrało się za moją edukację i - wiele dokonało. Opór stawiałam ogromny, bo po co mi niby takie umiejętności! Czy dotąd nie potrafiłam znaleźć wszystkich informacji, które mi są potrzebne? Czy w domu nie ma książek? Czy nie wiem czegoś, co mi niezbędne do życia i dowiem się teraz z tej skrzynki? Czy ja w ogóle mam czas na takie zabawy? Czy on nie widzi, że tu do zrobienia stos... I jeszcze to, i tamto. 
Synek się nie załamał, dopóki nie nauczył opornej matki korzystania z poczty i szukania wiadomości w necie. Potem ten siedmiolatek zrobił mi sprawdzian, który zdałam (korzystając pod biurkiem ze ściągi) na czwórkę. Ta ocena mocno uraziła moją ambicję, ale przyznawałam w duchu, że sama nawet bym dwói sobie nie postawiła. Była to wtedy wiedza dla mnie abstrakcyjna i do rzeczywistości miała się nijak. Uczyłam się dla... świętego spokoju. I odtąd pozostaję z umiejętnościami siedmiolatka...
Tak więc jak trwoga, to - pod względem elektronicznym - do dziecka. Napisałam mail w stylu: "Słuchaj no, dziecko, trzeba mi kupić bilet stąd do Toronto, tylko żeby był tani, rozumiesz, więc się targuj". W odpowiedzi dowiedziałam się, że teraz jest drogo, ale za trzy tygodnie może być tanio. Nie za osiemset bagsów tylko za trzysta. Świetnie, pasowało!

Do wyjazdu zostało mi trzy dni. Gdzie ten bilet, gdzie wszystko? Jakub przysłał mi kilka stron tekstu o warunkach podróży (bagaż, ubezpieczenie itp.), ale biletu ani śladu. No i powinnam się z domu odprawić. Ale na czym to polega? Jak?! Na szczęście on to zrobi za mnie. Odprawi, jeszcze nie teraz, na 24 godziny przed podróżą. 
Ekstra. Pytam go też, czy nie mógłby mi wydrukować biletu i świadectwa odprawy, bo chcę mieć kwit w ręce, przecież zawsze tak podróżowałam, mam jednak niejasne wrażenie, że nadużywam jego cierpliwości. Niby racja, no bo jak mi go tu, z Polski, w ciągu dwóch dni prześle? 
Dzień przed podróżą odwiedzam Jurka, bardzo sympatycznego znajomego kuzynki. Drukuje mi na swoim komputerze wszystko, co wysłał Jakub, a potem jeszcze oglądamy nocne Chicago. To miasto nie podobało mi się, gdy tu przyjechałam, ale teraz doceniam w nim wszystko, co tworzy jego wielkość. Ma przewspaniałe miejsca (zwłaszcza sklep z pamiątkami w Muzeum Sztuki Współczesnej :-)).
Wracam nocą do domu, włączam komputer. Odbieram mail. Syn pyta, czy mam wydrukowany bilet. Opisuję mu, co mam. - Wygląda na to, że nie masz - odpowiada. 
No to co będzie?!
Mimo zdenerwowania trochę śpię. A od rana główkuję. Co zrobić? Dzwonię do Jurka i pytam, czy mogę do niego wpaść. Myślę, że przekażę mu mail Jakuba, a on wydrukuje wszystko, co trzeba i już. Ale Jurek jest poza miastem, daleko. Musiał pojechać do pacjenta i wróci dopiero za kilka godzin. Pech.
Co mam robić? Kuzyn z kuzynką wrócą z pracy wcześniej, by mnie zawieźć na lotnisko, jakże mam jednak lecieć bez biletu?
W rogu monitora widzę czat od amerykańskiego kolegi. Pyta, czy jestem spakowana i czy wszystko w porządku. No jak może być w porządku, jak? Przecież nie mam najważniejszego, nie mam biletu!
Nic się nie przejmuj - mówi kolega. - Masz kilka możliwości. Poprosisz o wydruk kogoś na lotnisku albo zrobisz to sama. Tam są takie kioski czy też budki. Włożysz do środka paszport i dostaniesz go z powrotem z biletem. 
To samo napisało moje dziecko, ale co oni tam wiedzą! Jaki człowiek na lotnisku? Nie ma tam już "ludzkiej" informacji. A jeśli tylko włożę paszport w jakiś otwór, to zapewne będzie to moment, w którym będę go widzieć po raz ostatni...
Tylko mnie denerwują...
Postanawiam znaleźć najbliższą bibliotekę i poprosić, by tam wydrukowano mi bilet. Wyjaśnię, na czym rzecz polega, zrozumieją, pomogą. Uważam, że to przedni pomysł. Ale czasu mam mało. Wybiegam z domu, przebiegam jeden kwartał, drugi... Muszę jeszcze dwa. Nie, to nie ma sensu, nie zdążę, bo pora wyjazdu gwałtownie się przybliża. Wracam. Nic od rana przez to zdenerwowanie nie jadłam i już nie zdążę, zrobię sobie tylko kanapkę na drogę. 
Rodzina jest w komplecie, jedziemy na lotnisko. Kuzyn zna tylko jedną drogę, na "polski" terminal. A "kanadyjskiego" - nie ma. Nie w tym sensie, żeby nie istniał, ale - nie wiadomo, jak do niego dojechać. Nawet widzimy z biegnącej górą autostrady wejście i parking dla samochodów drugiego terminalu, ale - nie ma zjazdu. Nie da się nikogo zapytać, bo to autostrada, trzeba pędzić do przodu. Krążymy jak głupi. Nie należało to wczoraj sprawdzić drogę? Przy trzecim, zapowiadającym się na daremne, okrążeniu lotniska postanawiam wysiąść. Mówię im, że mają zostać, a ja przebiegnę drogę na wprost wejścia na mój terminal. Tarabanię się z torbą i walizką, kuzynka i jej córka biegną za mną, przejeżdżające pędem samochody trąbią...
Jestem na lotnisku, przy pracowniku odbierającym bagaż. Prosi mnie o bilet. No więc nadeszła ta straszna chwila. Podaję mu paszport, mamrocząc, że ja... tego... no... Bierze ode mnie paszport, gdzieś go wkłada, po czym oddaje z biletem i... życzy szczęśliwej podróży... 

Za chwilę będę leżeć na wielkiej wygodnej pufie, jeść zabraną z domu kanapkę i myśleć, że życie jest pełne niespodzianek. I że pewnych przeżyć na pewno wolałabym uniknąć...
Czytaj więcej »

poniedziałek, 2 października 2017

Frida Kahlo w Poznaniu

Już 7.11 seniorzy ze Stowarzyszenia Żółty Parasol wybiorą się na wystawę "Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst". To jedyna taka wystawa!

Zapraszamy wszystkich uczestników 60+ Virtual Culture.
Wyjeżdżamy 7.11 o godzinie 8.00 spod siedziby Żółtego Parasola. Czeka nas zwiedzanie wystawy z przewodnikiem a na miejscu przyjrzymy się jak Centrum Kultury Zamek w Poznaniu wykorzystuje nowe technologie dla prezentowanie dorobku kultury.
Zapisy pod nr telefonu: 530 239 756

Chętnych zapraszamy do kontaktu, a tymczasem kilka słów o samej wystawie.

O polskim kontekście wystawy można przeczytać min. na łamach niedawnego wydania Newsweeka:
Choć Frieda nie miała sposobności odwiedzenia Europy Wschodniej, to w życiu malarki ważną rolę odegrały dwie artystki polskiego pochodzenia. Pierwszą była urodzona w Grajewie Bernice Kolhko - zawodowa fotografka, która Meksyk odwiedziła w 1951 z zamiarem portretowania tamtejszych kobiet. Po trzech lat podróży po kraju trafiła pod dach umierającej już Fridy. Malarka, która pod koniec życia nie pozwalała się fotografować, zdecydowała się na jeden portret. Autorką była właśnie Kolhko. 
Drugą artystką polskiego pochodzenia, która miała styczność z meksykańską malarką była Fanny Rabel – malarka urodzona w Lublinie, której rodzice wyemigrowali w 1928 roku do Paryża. W 1940 studiująca wówczas w Szkole Malarstwa i Rzeźby La Esmeralda w Meksyku Rabel poznała Fridę, a ta stała się jej nauczycielką i mentorką. Rabel podkreślała w wywiadach, ze to Frida „otworzyła jej oczy” na tematykę kobiet. Frida, a po niej Rabel w swojej sztuce często poruszały tematy bardzo osobiste, związane z ciałem, takie jak menstruacja, poronienie czy aborcja.
Frida Kahlo pozostawiła po sobie ponad 200 prac. W większości są to niewielkie obrazy przedstawiające artystkę w kolorowych strojach ludowych z regionu Oaxaca. Jeden z tych obrazów trafił w 1939 na wystawę malarstwa w paryskim Luwrze, było to zarazem wielkie wyróżnienie dla meksykańskiej sztuki. Frida była pierwszą artystką z Meksyku prezentującą swoje malarstwo w paryskiej galerii. Kariera artystki na dobre rozpoczęła się dopiero po jej śmierci w 1954 roku gdy za sprawą swoich uczniów, a później filmu jej popularność znacznie wzrosła. Dziś wystawy jej malarstwa można zobaczyć w największych galeriach sztuki na świecie – londyńskiej Tate czy nowojorskiej MoMie.

źródło: http://www.newsweek.pl/kultura/wydarzenia/wystawa-frida-kahlo-i-diego-rivera-polski-kontekst-w-poznaniu,artykuly,416735,1.html


Czytaj więcej »

niedziela, 1 października 2017

Tessate napisała. Wyobcowanie cz.1

Chicago. Jestem tu od dwóch miesięcy, w czasie których zajmowałam się córką mojej kuzynki Marii i jej męża Tośka. To moje pierwsze wakacje na emeryturze. Pojechałam daleko, ale nie całkiem w nieznane. Mam na tym kontynencie Ciocię, jej syna, i jeszcze dwóch przyjaciół mojego męża i moich jeszcze z czasów studiów.  Wakacje dobiegły końca. U Marii mogę mieszkać, jak długo zechcę. Mam wizę na pół roku i kuzynka zachęca, bym ten czas spędziła z nimi. Z jednej strony mnie to nęci - bo wielkie amerykańskie miasta są niezmiernie pociągające. Chcę je w jakiś sposób zgłębić, znaleźć w nich ślad (choć ten od dawna rozpłynął się w amerykańskim powietrzu) mojego Dziadka, który ponoć kiedyś tu pracował. Niczego nie wiemy o tym na pewno, tyle tylko, że na starość bardzo bolały go nogi, co było efektem ciężkiej fizycznej pracy przy produkcji szyn kolejowych.
Ale dziecku kuzynki już nie jestem potrzebna, bo każdego dnia wiele godzin spędza w szkole, kuzynce też pewnie nie. Chodziłybyśmy razem na kurs angielskiego, jednak nie możemy się dogadać w kwestii grupy, a na spacery po mieście szkoda jej czasu. Pokazała mi już to wszystko, co tu najważniejsze. 
Tak więc - wyjadę. 
Tyle że - nie do Polski, na co opiewa mój bilet, a do Toronto,w którym mieszka Ciocia. Często do mnie telefonuje i prosi, by ją odwiedzić. Nie byłyby to odwiedziny dla samych odwiedzin (choć i to jest świetna perspektywa, bo za Ciocią przepadam), miałabym tam do spełnienia pewną, związaną z jej synem, misję.
Jest jednak pewien szkopuł. Bilet. Mój został kupiony w Polsce. Formalności dokonało moje Dziecko, które właśnie skończyło 18 lat i zna się na takich rzeczach. Bilet jest otwarty, trasa to: Warszawa - Chicago, Chicago - Warszawa. 
Trzeba tę trasę zmienić na Chicago - Toronto, a potem jeszcze. No tak, tylko jak tego dokonać?
Najłatwiej chyba pójść do biura podróży, w którym kuzynostwo kupują bilety do Polski i to załatwić. Idę. Ale biuro tak nie działa, ograniczają się do linii Chicago - Polska. 
Więc co, w ogóle nie mogą mi pomóc? Mogą, mogą. Otóż oni zadzwonią do Nowego Jorku i zapytają, co zrobić, w NYC jest takie biuro. A ja im zapłacę za minutę rozmowy 25 $. Cooo? Ja, emerytowana nauczycielka, mam tyle wybulić? Za rozmowę? No nie...
Myślę sobie, że załatwię wszystko na lotnisku. Jednak mąż kuzynki twierdzi, że od lat na lotnisku nie kupuje się biletów. Czuję się oburzona, nawet może obrażona. No bo jak to?! Czyż nie oglądał filmów (zwłaszcza amerykańskich), w których ktoś tam wpada na lotnisko w ostatniej chwili i kupuje bilet na pierwszy lepszy samolot (bo ucieka przed mafią albo coś w ten deseń)? Czy nie wiedział "Bezsenności w Seattle", w którym mały chłopiec leci do New Yorku załatwić tatusiowi sensowną żonę a nie taką z przypadku? Zdecydowałam, że właśnie tam kupię sobie bilet.
Zupełnie nie przychodzi mi do głowy, że mogę posłużyć się komputerem i sprawdzić w necie, jak tego dokonać. W domu kuzynki jest komputer, jest też laptop (to był jeden z warunków, abym tam pojechała), nie ma jednak drukarki. 
Jadę na lotnisko. 
Lotnisko, że O'Hare jest, że ha! Pięć terminali. Mam czas, zwiedzę sobie. Przepadam za lotniskami, ale to inna bajka. Tu muszę znaleźć terminal, z którego starują samoloty do Kanady. Ale tego właśnie - nie ma. Jest 1, 3 i 5. Drugiego - brak. Nie w tym sensie, że nie istnieje, tylko że nie mam pojęcia, jak tam trafić. Wszystkie wskazówki dotyczą jedynie tych trzech. No w cholerę! Trochę mnie to złości, ale na szczęście - nic nie muszę. Zechcę nie wylecieć, to - nie wylecę, a co tam... Nie muszę korzystać z samolotu, z lotniska, mogę podróżować w sposób bardziej ludziom właściwy, po lądzie. 
Łażę po tym lotnisku i łażę. Zapytałabym człowieka w uniformie, jak znaleźć ten pieprzony terminal, ale - nie ma takiego człowieka. Jest za to monitor. Wielki. I na jego ciemnym tle widnieje cudny, jarzący się niemal napis: INFORMATION. No pięknie. Mam stanąć przed tym ekranem i zadawać mu pytanie? Mam do niego mówić? Może po polsku? Boże, przecież tu wszystko jest nie dla ludzi....
Dalej łażę, bo skoro już przyjechałam, to głupio tak wracać z niczym i tym samym przyznać Tośkowi rację. 
W pewnym momencie widzę, że za przeszklonymi ścianami hali przesuwa się samolot. Nie leci, jedzie. I to nie po pasie startowym, tylko po ulicy. A nie, to ulica jest tym pasem... Postanawiam przyjrzeć się czemuś tak dziwnemu bliżej, więc szybciutko na ruchome schody, szybciutko tym chodnikiem, szybciutko nad ulica, nad tym samolotem, a tu... O, to jest terminal drugi. Mój! Ekstra. 
No to będę szukać kasy w celu kupienia biletu do Toronto. Jest kasa. Lepiej być nie może. Mamroczę do siebie coś w języku, któremu postaram się dać brzmienie przynajmniej angieslkopodobne. No powiedzmy, że mi się uda. Pytam ugrzeczniona, niemal z przyklękiem:
- Czy pani mogłaby mi sprzedać bilet do Toronto?
- Tak, oczywiście. Na kiedy?
- No, na za tydzień. A ile by kosztował?
- 836 dolarów.
- Nie, nie. Poproszę o inny. O znacznie tańszy. 
- Tańszy to może kupić pani przez internet. 
- Acha. No ale ja go nie mam, więc może to pani sprzeda mi ten bilet przez internet?
- Niestety, tutaj to niemożliwe.
- Hmm... bardzo dziękuję.
Tyle mojego, że mąż kuzynki dowie się, iż kupienie biletu na lotnisku to łatwizna. Ale dlaczego mam tyle płacić za niedaleki w końcu dystans? Powariowali, czy co...
W domu śmieją się ze mnie. Przecież miał tu po mnie przyjechać kuzyn, syn cioci. Piękne to były plany, bo przez szyby samochodu obejrzałabym sobie kawałek Ameryki. Już miałam na to smak... Nie przyjedzie. Miał wypadek. Jego cudne auto z beżowymi skórzanymi obiciami jest w stanie godnym pożałowania. 
No to pojadę autobusem. Greyhound, linia dla podróżników ciekawych różnych doznań. 
Kuzyn mówi, że przystanek tych linii jest stosunkowo niedaleko domu. Ok, pojadę i zobaczę. 
Pojechałam, nie znalazłam. No i nie szkodzi, bo przecież trzeba gdzieś kupić sobie bilet, chyba nie na przystanku takim po drodze, a na zasadniczym. Muszę znaleźć tę stację. Downtown. Near the Loop. Znalazłam. 
Ponury budynek. Podróżni śpią na ławkach, bary podrzędne. Ludzie zmęczeni, część z nich to mormoni, którym zawsze przyglądam się z uwagą. Jest kilka kolejek do wyjść prowadzących - donikąd. Ludzie stoją przed szklanymi drzwiami, ale za nimi jest pusty plac. Dziwnie tu. Z rozkładu wynika, że są bilety do Toronto i że kosztują bardzo niedużo, ale godzina odjazdu mi nie pasuje. Tzn. dla mnie każda jest OK, ale kuzynostwo przyjechaliby tu ze mną, a ich wstawanie o 5-tej rano to zgroza... Poza tym do autobusu wsiada tyle osób, ile się zmieści, pozostali czekają na następny... To dlatego te kolejki...
No to chyba - nie jadę. 
Coś ty, Greyhoundem chciałaś jechać? - pytają mnie w domu kuzynostwa. - Wiesz, że tam jednemu podróżnemu ten, co siedział z tyłu za nim, założył na szyję drucianą pętlę i go udusił? 
Acha. Teraz to już całkiem nie jadę, bo chciałabym jednak dowieźć do Toronto swoją głowę. Pustawą, jak się okazuje. 
No to może koleją. Drogą żelazną. Ale - nie. 
Bo odprowadzałam na dworzec kolegę, który tu przyjechał z Ann Arbor i widziałam, że - to nie dla mnie. Nie dla mnie! Bo ja jestem zacofana! Nietechniczna! Bo to dla mnie zbyt skomplikowane. Bilet by mi tam pewnie sprzedali, pewnie nawet znalazłabym właściwy peron. Ale ten kolega zostawił na dworcu w automatycznym schowku małą walizkę. A gdy chciał ją wyjąć, okazało się, że kod nie działa. No, wreszcie to nie mnie, tylko komu innemu technika płata figle. Dobrze mu tak, dobrze! Niech się przekona, że mam rację, mówiąc, że technice nie można ufać! 
Kolega jednak zupełnie się tym nie przejął. Schowek miał dodatkowe zabezpieczenie w postaci odciska jego palca i to podziałało. Mnie - nie zadziałałoby. A gdy się podróżuje na trasie międzynarodowej, to bagaż trzeba oddać tak, jak na lotnisku, odebrać na miejscu... Takie szykany, nie poddam im się! 
Jestem tu zupełnie wyobcowana, wyautowana, bezradna, nieporadna. Do końca życia będę tkwić w Chicago i już tu umrę, jak nieszczęsny Polak, którego w Vancouver potraktowano paralizatorem. Nie potrafił opuścić lotniska i nie wiedział, co ze sobą zrobić...
Przed paru laty jeszcze tak strasznie nie odstawałam od rzeczywistości, która coraz bardziej zatraca ludzkie cechy... Zatraca je dla mnie, bo wokół tłumy ludzi, którym nawet do głowy nie przyjdzie, by sobie nie radzić. Nawet małoletnie dzieci moich kanadyjskich znajomych same latają po świecie i dają sobie rade, a ja co?

A ja...
Czytaj więcej »

sobota, 30 września 2017

Paris, Paris ...

Niedawno nasi trenerzy wrócili z wyjazdu do Włoch, a tymczasem przypominamy jak wyglądał wiosenny trening w Paryżu, siedzibie organizacji E-Seniors.

Joint Staff Training in Paris last April

Really nice memories from our last meeting in April! We are looking forward to meeting our dear partners and trainers in Reggio Calabria (Italy) next September :)

Opublikowany przez 60+ Virtual Culture na 31 sierpnia 2017
Czytaj więcej »

czwartek, 28 września 2017

Katie Melua

Jedna z naszych Ambasadorek Cyfrowych pod pseudonimem Tessa T. pisze dla Państwa teksty opowiadające o jej przeżyciach i emocjach związanych z uczestnictwem w kulturze, również tym odbywającym się drogą cyfrową. Te piękne, literackie teksty luźno nawiązują do tematyki wirtualnej kultury dając jednocześnie świadectwo wielkiej wrażliwości autorki. Kibicujemy wszelkim przejawom Państwa wirtualnej twórczości. czekamy na więcej tekstów oraz na komentarze. Czytajcie nas i twórzcie z nami, a my zadbamy o to byście byli słyszani!

------------

Trwa rok, w którym Wrocław jest Europejską Stolicą Kultury. Może temu zawdzięczam możliwość wysłuchania koncertu Katie Melua, delikatnej, ale bardzo utalentowanej i przebojowej dziewczyny. Z różnych powodów o wyjściu na jej koncert myślę z rezerwą. Ale - jadę. Pojadę sama, miejską komunikacją. Żeby się nie spóźnić, z domu wychodzę prawie dwie godziny przed rozpoczęciem, a w niecałe pół godziny jestem na Kozanowie. Czas na wspomnienia i na rozmyślania... Wieczór jest chłodny i pogodny, powietrze przesycone zapachem liści. Dawniej spokojny, rozległy park został przekrojony jezdnią prowadzącą na Most Milenijny i biegnącą niedaleko drogą dla tramwajów. Naturalność tej okolicy, jej związek z przyrodą zmniejszyły się, ale nie zanikły. Jesień wydaje mi się niepokojąco dojrzała. Słychać krótkie, jakby szczekliwe głosy przelatujących w górze ptaków. Jest to chrapliwy krzyk wron, które spędzą tu noc. Zatrzymuję się pod drzewem, podnoszę głowę. Nade mną rozwijają się i zwijają czarne, ruchome kształty. Gdy wznoszą się ponad latarnie, ich oświetlone brzuchy jaśnieją, a skrzydła, których pióra na brzegach wycięte są wyraźnie i ostro, poruszają się szybko i w różnych kierunkach. Znajdą gałąź, na której przysiądą i usną, nawet jej nie szukając, znajdą swoje miejsce jak wszyscy i wszystko na świecie. Ten ciemniejący wieczór nastraja nostalgicznie...
Moja młodość to czas miniony. Sporo ważnych w życiu osób ostatecznie już przeminęło. Tkwią w mojej pamięci, tak jak na zawsze utkwiły w niej wspomnienia egzotycznych wyjazdów. Gruzja. Daleki, wspaniały kraj. Rozległe krajobrazy z żyjącą w nich historią. Ta historia, ta dawność unosi się w tamtejszym powietrzu, choć na co dzień przesłaniają ją trudne bieżące zdarzenia.
Wychodzę z parku, opuszczam ten bezpieczny krąg natury i znajduję się w jaśniejszej przestrzeni. Żółtawe światło latarń ślizga się po karoseriach wielu parkujących pod halą Orbita samochodów. Inne mkną przez biegnący górą wiadukt po oświetlonej reflektorami miejskiej trasie. Jadą w innym miasta, nie zahaczą o miejsce, które przyciąga teraz zwolenników koncertu. Kim są ludzie, którzy nadchodzą tu z różnych stron?. Kim jest dla nich Katevan Melua? 
A kim jest dla mnie?
To Gruzinka. Tam się urodziła, tam mieszkali jej przodkowie. To śliczna dziewczyna, młoda piosenkarka, autorka tekstów i kompozytorka, ale zarazem osoba doświadczona przez historię swoich przodków (jej rodzice z dziećmi wyjechali z Dziećmi do UK) i przez osobiste przeżycia. Sama sobie wydaje się niezmiernie dojrzała. W jednej z najbardziej popularnych piosenek zadaje pytanie, jak może - czując się dwudziestodwulatką - postępować tak, jakby miała lat siedemnaście? Życie nie nauczyło jej jeszcze, że i w wieku 77-miu lat można się zachowywać jak podlotek...
Mam wrażenie, że to... bardzo zwyczajna dziewczyna. Wiem, że jest sławna, bogata, piękna, lecz zdaje mi się kimś z sąsiedztwa, a nawet - ze szkolnej ławki. Tkwi w niej... prostota. Katie nie stara się przypodobać, choć oczywiście ceni publiczność i poważnie traktuje wszystko, co robi. Tym niemniej jej teksty są proste i mówią o istotnych sprawach. O przypuszczeniach i faktach (miliony rowerów w Chinach, odległość do krawędzi wszechświata, wierność w uczuciu). O tym, jak zakochanie wpływa na wewnętrzną równowagę. W jej słowach tkwią przeżycia jej przodkiń, a także rozległość gruzińskiego nieba, zapach górskiego powietrza, duma tysiącletniej świątyni Mccheta Cchoweli. W rytmie jej piosenek ja dostrzegam wartkość gruzińskich rzek, widzę gęste zabudowania Tbilisi, czuję zapach gruzińskich ziół, czosnku, wina, pomidorów, arbuzów... całego minionego lata pewnego roku, i jeszcze jednego, w których chłonęłam Gruzję....

Za parę chwil ta dziewczyna będzie też śpiewać też dla mnie. 
Jej przyjazdowi do W-wia towarzyszy chór, który razem z nią zaśpiewa (kobiety z Gori w Gruzji), panowie akompaniujący jej śpiewowi na gitarach, pianinie, keyboardzie, osoby odpowiedzialne za dekoracje (wysokie czarne ekrany z białymi sylwetkami drzew) i sprzęt.

Kilka grupek czeka już przed wejściem, które zostaje otwarte na godzinę do występu.
Jestem już wewnątrz hali, w swoim sektorze. Nie kupuję płyty, kawy, programu, koszulki z okolicznościowym nadrukiem. Siedzę w rzędzie mocno oddalonym od sceny, którą widzę z boku. Prawie wszystkie miejsca są na tym koncercie zajęte.
Cały czas słychać muzykę i śpiewy z płyty. Słyszy ją każdy, chce czy nie. Szkoda, wolałabym przed koncertem chwilę ciszy, nastrój skupienia. Tutaj to niemożliwe. Za ścianą hali jest lodowisko, z korytarzy widać przemykające figurki łyżwiarzy. Konstrukcja hali przypomina nieboskłon, ale kopuła nie jest niebotyczna, bo podpierają ją bardzo konkretne betonowe żebra. Czerwono oświetlona kotara wciąż jeszcze przesłania zimowy pejzaż ośnieżonego lasu. Zima, muzyczny temat tego koncertu.
Na scenie pojawia się drobna szczupła dziewczyna w białej, długiej sukience i ponad 20 innych, czarno ubranych Gruzinek, które tworzą chór. Gruzińskie głosy... Głębokie, niskie, prawdziwe. W takiej białej sukience, koronkowej, marszczonej, staromodnej, mogła brać ślub moja babcia... 
Gdy przy drugim utworze Katie bierze do ręki gitarę w kolorze biało-szafirowym - wygląda jak anioł. 

Słowo "Melua" brzmi trochę jak melodyja. Tej dziewczynie udało się ująć w dźwięki część gruzińskiej swoistości, tego, co zachwycało mnie w tradycji tego kraju, w jego sztuce, w filmach Paradżanowa. Piękne są jego: "Cienie zapomnianych przodków". 

Jeżeli był na świecie raj, to był na pewno właśnie tam...") 
"Suliko - urzekło mnie urodą swą, szczyty gór skąpane w blasku słońca..." 


Urzekło mnie i pochłonęło poszukiwanie cieni przodków, czyli moich własnych cieni. Jestem bez nich jakaś połowiczna, niepełna... Doznanie Gruzji, przypomniane teraz przez dźwięk piosenek, pomaga otwierać wewnętrzne wrota, przez które widzi się to, co zapewne kiedyś na co dzień oglądali moi przodkowie. Żyli na ziemi porośniętej lasami, we wsi, której domy stały wśród pól, wzgórz, pagórków. Taki pejzaż był dla nich codziennością, a ja mogłam ją odczuć tam, gdzie przetrwał w formie bardziej wyrazistej niż w miejscach ich życia. Gruzja stała się bardziej intensywną inspiracją dla malarstwa, muzyki i pieśni niż wciąż jeszcze nasze Podkarpacie...
Słyszę stare spokojne pieśni gruzińskie. Śpiewa je ta biała dziewczyna wyglądająca jak panna młoda ze staroświeckiego zdjęcia. Śpiewają kobiety, dla których występ na tak wielkiej scenie jest czymś nowym, bo pochodzą z małej miejscowości Gori...

Katevan (gruzińskie imię Kathy) Melua mówi o swoich pieśniach, o tym, co śpiewa. O twórczości Rachmaninowa, o ucieczce z Syberii, o pokonywaniu zaśnieżonych leśnych przełęczy. 




Ta pieśń jest poświęcona jemu. Jest niezwykła. Słychać w niej stężenie mroźnego powietrza, trzask pękającego lodu, wiatru, który twardo uderza o przepastne skalne ściany. Katevan  tłumaczy, że ten utwór pasuje tu też ze względu na zimę, która jest w tytule koncertu.

Na poziomie wejścia do hali jakaś grupa młodych ludzi głośno o czymś rozprawia. Ten gwar mąci przyjemność słuchania. Po drugiej stronie estrady wciąż jest czynne lodowisko. Szkoda Kejtii... 

Rachmaninow opuścił Rosję. Moja ciocia, bardzo mi bliska, opuściła Polskę i znalazła się w pięknym kanadyjskim Toronto. A ja - kilka lat temu u niej z piosenką Melua w myślach. Towarzyszyła mi w podróży i podczas całego pobytu. "How can I think I'am standing strong?" How can I? 
Oglądam miejsce skondensowanej starości. Dom dla osób od 65 roku życia. Organizowane są tam urodzinowe uroczystości dla pensjonariuszy. Podczas jednej z nich, gdy zagrano "Suliko", wstałam ze swojego miejsca i - zatańczyłam. Solo. Cioci się podobało...
Słowa Melua "The Closest Thing To Crazy" zamykały tajemnicę zatracania się w miłości. Uzależnienia od osoby, którą kochamy. Przeistaczania się w kogoś tak bezbronnego jak dziecko. I zarazem pytania, jak to możliwe? Miłość to szaleństwo - taka jest odpowiedź wyśpiewywana przez skromną dziewczynę o wielkich oczach.
Ta dziewczyna, która w swoich tekstach zawarła mądrość doświadczeń swoich poprzedniczek, babć, prababć i tych kobiet, które żyły jeszcze dawniej, wie, że są w świecie rzeczy i sprawy, o których możemy mieć tylko przybliżone pojęcie i takie, których możemy być pewni. Ona - jest pewna swojej miłości. "That's a fact that I will love you till I die".
Obserwuję mieszkańców Copernicus Lodge w Toronto - każdy z nich kogoś kocha. Miłość, teraz już najczęściej do dzieci i wnuków, wypełnia ich życie. 
Ileż skojarzeń można mieć podczas jednego koncertu...
Jego pierwsza część to nowe kompozycje Katie Melua i śpiewane z chórem znane od dawna pieśni gruzińskie. Żałuję, że nie jest to koncert kameralny, bo mam wrażenie, że nie cała publiczność jest zasłuchana na 100 %...
Druga część jest żywsza, żwawsza, bardziej się podoba. Katie ma na nogach pełne czarne buciki na bardzo wysokim obcasie - wygląda jak postać bajkowa. Śpiewa świetnie znane publiczności przeboje. Są melodyjne i rytmiczne. Jestem w tej chwili w tej samej, co Katie, przestrzeni. Stukam swoim butem o podłogę w tym samym rytmie, w którym teraz stuka ona...
To też wiąże wykonawcę z słuchaczami. "Should I be afraid?" - brzmi jak dźwięk kotłów, delikatnie i mocno. Ten, komu brakuje delikatności i mocy, może uznać Katie za źródło inspiracji. 
A ten, kto chce sprawdzić, jaki artystyczny wyraz dała ta piosenkarka myślom o przenikaniu w mentalność drugiej osoby, może posłuchać "The House":


W domu szukam w Internecie różnych wiadomości o Katie Melua i o ważnych dla niej, i dla mnie, miejscach. Jest ich sporo.



Tessa T.

Czytaj więcej »

poniedziałek, 25 września 2017

Trening miedzynarodowy trenerów w włoskim Reggio Calabria

Przez cały zeszły tydzień nasi trenerzy z Polski, Włoch, Czech i Francji intensywnie pracowali na międzynarodowym treningu we Reggio Calabria. Wszsytko po to, żeby kursy dla seniorów były ciekawsze i bardziej dostosowane.

Więcej można dowiedzieć się na stroni na Facebook (po angielsku):
https://www.facebook.com/60VirtualCulture

A poniżej umieszczamy kilka zdjęć z wyjazdu:







Czytaj więcej »